Julian Tuwim w Internecie

„Wylękniony bluźnierca” – M. Urbanek

Wśród kilku książek o Tuwimie, bo jednak ukazało ich się trochę, podstawową pozycją wydaje się biografia poety autorstwa M. Urbanka pt. „Wylękniony bluźnierca”. Tytułowy oksymoron jest rzecz jasna cytatem z „Grande Valse Brillante” („Kwiaty polskie”). W odróżnieniu od innych pozycji, ta napisana jest prostym językiem, bez wchodzenia w zawiłości dostępne profesorowi polonistyki. Albowiem jest to książka przeznaczona przede wszystkim dla tych, którzy nie znają szczegółów biografii poety, ale przeczytali kilka jego wierszy i bardzo im się one spodobały, więc chcieliby dowiedzieć się więcej o ich twórcy.

Moja ocena? Pozytywna, a nawet bardzo pozytywna. Najkrócej jak się da: Dostaje się potężną dawkę wiedzy, opowiedzianą na tyle ciekawie, że lektura wciąga skutecznie. Czyli: „czyta się”.

Bodaj największą zaletą „Wylęknionego bluźniercy” jest rzeczowość i wyważenie sądów. Autor włożył dużo wysiłku, żeby wypowiadane słowa nie były tylko powtórką utrwalonych przez lata poglądów. Na przykład: wszyscy wiemy, że „Wiosna” wywołała skandal. Ale może wcale to nieprawda? Może sami Tuwim z Grydzewskim powypisywali martyrologiczne wspomnienia w „Wiadomościach Literackich” i teraz wszyscy to powtarzają, jak za panią matką? Co robi Urbanek? Cytuje szereg gazet o szerokim zasięgu, które dosadnie skrytykowały studencki wiersz (zapewne na podstawie podobnego zestawienia zawartego w książce „Wspomnienia o Juliana Tuwimie”). A więc jednak było głośno. Podobnie jest z innymi powszechnymi sądami na temat Tuwima. Autor czasami je temperuje, a czasami potwierdza ich słuszność. I – co ważne, w czasach gdy krytyka bez sentymentów traktuje postać poety – nie unika trudnych tematów.

Rzecz jasna, jeśli ktoś przeczytał kilkanaście różnych publikacji, widział dziesiątki cytatów, wspomnień, listów czy opinii, to rozpozna je w tekście Urbanka. Piszę to w sytuacji, gdy w ramach prac nad swoją witryną przejrzałem wiele tekstów źródłowych, szczególnie że Internet udostępnia ich olbrzymie ilości. No i mając stosunkowo szeroką, choć amatorską wiedzę, w trakcie lektury „Wylęknionego bluźniercy”, dałem się kilka razy zaskoczyć. Czasami boleśnie: Na przykład o prawdziwym autorstwie wiersza „W Poroninie” dowiedziałem się właśnie z tej biografii – zamieściłem nawet odpowiednie sprostowanie 😊. Z drugiej strony: nie przychodzi mi do głowy żaden istotny element życia Tuwima, który nie byłby uwzględniony przez Urbanka. Włącznie z popularnością Tuwima, jako tekściarza grup postpunkowych 😊.

Niebagatelną zaletą „Wylęknionego bluźniercy” jest wywiad z córką Tuwima p. Ewą Tuwim-Woźniak. Wypełnia on lukę, jaką pozostawiła po sobie żona poety Stefania – nie chciała, a może nie miała okazji, wypowiadać się na temat swego męża i jego twórczości. W tej sytuacji do głosu dochodziły pojedyncze głosy autorów/ autorek wspomnień. I tu mała dygresja o biograficznej rzeczywistości, która tyczy się czasów nieodległych. Wydawałoby się, że nie powinno być problemu z uzyskaniem informacji o niedawno żyjących osobach – w końcu żyje wielu ludzi ich pamiętających, wszyscy wiedzą jak było. No ale czas mija i ci pamiętający też odchodzą. Pozostaje kilka, kilkanaście opisanych źródeł z których potem wszyscy korzystają, a z braku innych, one właśnie stanowią podstawę oficjalnej „wersji prawdy”. Tak właśnie stało się z opinią na temat Stefanii Tuwimowej, która miała być sztywną lalką, kompromitującą się sformułowaniem „Ja wierszy Julka nie czytam” (w domyśle krytykujących: to niezwykle płytka osoba w porównaniu do męża). I trzeba było dopiero wywiadu z przybraną córką, żeby wpaść na to, że owe „wyznanie” to po prostu żart. Bo to, że Stefania nie przeczytała żadnego wiersza z „Siódmej jesieni” jest skrajnie nieprawdopodobne, do czego dochodzimy po chwili zastanowienia. Rzecz jasna wypowiedzi Ewy Tuwim-Woźniak również nie są obiektywne, ale stanowią niesamowicie świeże spojrzenie na sprawy związane z poetą, a w szczególności jego małżeństwem czy realiami jego powojennego życia.

* * *

I jeszcze jedna smutna refleksja. Mieszkam w mieście średniej wielkości. Dziś nie istnieje w nim ani jedna księgarnia – Empiku nie liczę, bo nie ma on cech księgarni, miejsca w którym można znaleźć i przekartkować książki sprzed paru lat, czekające spokojnie na czytelnika. Skąd mogłem wiedzieć, że akurat ukazała się biografia Tuwima, mojego ulubionego twórcy? Ano nie wiedziałem. Podejrzewam, że mieszkańcy małych miejscowości są w jeszcze gorszej sytuacji. Refleksja jest tym smutniejsza, że za czasów PRL, kiedy byłem dzieckiem, a potem nastolatkiem, do księgarni „się chodziło”. Wtedy księgarnie istniały nawet w całkiem małych miasteczkach. I wcale nie chodzi mi tu o gloryfikowanie PRL, ale o pokazanie że można, bo kiedyś tak było.

A jak kupiłem książkę, którą tu opisuję? Otóż pewnego razu, robiąc najzwyczajniejsze zakupy w Lidlu, zobaczyłem przy kasie regał z książkami: między innymi biografie Tuwima, Brzechwy, Lema, Szymborskiej i szereg książek Tokarczuk. Ceny bardzo atrakcyjne – może to była jakaś wyprzedaż (?) – więc skorzystałem z okazji. Zażartowałem sobie wtedy, że w drugiej dekadzie XX wieku Lidl jest najbardziej kulturotwórczą instytucją w Polsce. Zresztą Biedronka też.