Julian Tuwim w Internecie

Ostry debiut – Wiosna

W życiu artysty często liczy się debiut. Najlepiej żeby był głośny, żeby wszyscy o nim mówili, a najlepiej żeby zapewnił dobrą rozpoznawalność na starcie. Taka właśnie była „Wiosna”, której siła oddziaływania stanowi nieosiągalne marzenie dzisiejszych artystów, nie tylko debiutantów. A zaczęło się całkiem niewinnie: W marcu 1918 nieznany szerzej student zgłosił do studenckiego pisma „Pro Arte Studio” pięć wierszy. Jeden z nich wywołał prawdziwy skandal…

WIOSNA
(dytyramb)

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! – Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej „kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedna taką widział, niejedna serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
„Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, „Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

Tuwim był akurat pod wpływem francuskiego poety Rimbauda, którego wiersze tłumaczył. Podobieństwo stylu pomiędzy rimbaudowskim „Paryż się budzi” a „Wiosną” jest bardzo wyraźne. I można by zakończyć literaturoznawcze roztrząsanie tematu na powyższym zdaniu, ale wokół tuwimowego wierszyska rozpętała się burza. Czy istniała pilna potrzeba pojawienia się jakiegoś skandalu w medialnym obiegu formalnie nieistniejącej, ale odradzającej się Polski? Jeśli tak, to trafiła właśnie na Tuwima. Bardzo plastycznie pisze o tym Michał Urbanek w biografii poety „Wylękniony bluźnierca”:

(…) nawet po latach trudno zrozumieć, dlaczego reakcja była aż tak histeryczna. Dlaczego tyle złych emocji wzbudził wiersz ogłoszony w ukazującym się w mikroskopijnym nakładzie akademickim piśmie. (…) Sygnały do ataku na autora wiersza dały uważany za liberalno-demokratyczny „Przegląd Poranny” i skrajnie endecka „Gazeta Poranna 2 Grosze”. (…) W proendeckiej „Myśli Niepodległej” oskarżono Tuwima, że propagując liberalizm płciowy, przebił wszystko co Henryk Sienkiewicz napiętnował w literaturze jako ruję i poróbstwo (…) „Kurier Polski” piórem Stefana Krzywoszewskiego wezwał (…) senat Uniwersytetu Warszawskiego i profesorów, by pomogli młodzieży w odzyskaniu [uczuć estetycznych i moralnych] (…) Proniemiecki i antypiłsudczykowski „Goniec Poranny” uznał, że dytyramb „Wiosna” to hymn na cześć rui i poróbstwa.

Na tym tle, zdarzenia jakie miały miejsca na Uniwersytecie – rezygnacja niektórych profesorów z patronatu nad „Pro Arte”, polemiki studentów na jego łamach czy zbieranie podpisów pod uczelnianym protestem – jawią się jako normalna dyskusja, prowadzona w cywilizowany sposób 😊.

Jedno można jednak powiedzieć: w marcu 1918 roku nazwisko Tuwima stało się znane nie tylko w światku literackim. Teraz należało udowodnić, że sława nie ma tylko charakteru (według dzisiejszej terminologii) celebryckiego, ale że jest całkowicie zasłużona. Niedługo później, wydanie pierwszego tomu wierszy „Czyhanie na Boga” pozytywnie potwierdziło wysoką pozycję poety.

* * *

Cała ta afera była jednym z pretekstów do satyrycznych wspomnień, mających ukazać początki Skamandra, tak, jak chcieliby to widzieć ich krytycy, przy okazji wyszydzających rozpowszechniane na temat grupy stereotypy. W „Nowych Wiadomościach Literackich” z roku 1936 – to rzecz jasna nawiązanie do właściwych „Wiadomości Literackich” – pojawiły się „prawdziwe” wyznania trzech poetów, którzy narzekali na „niewolę” u Grydzewskiego. Szef „Wiadomości” jawił się w nich jako bezwzględny, obleśny i wredny władca marionetek. Z tego kipiącego humorem zestawu zacytuję opowieść Tuwima o „Wiośnie”:

(Moja działalność) zaczęła się na dwa lata przed założeniem przez p. Grydzewskiego kawiarenki „Pod Pikadorem”, zaczęła się na Uniwersytecie Warszawskim.

Otóż już po paru dniach pobytu na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego zauważyłem uwijającego się po wszystkich salach i korytarzach łysawego, z baczkami a'la książę Józef, pucułowatego bruneta. Wiecznie spocony i zziajany, wiecznie coś węszący i kombinujący, co chwila zapisujący w przetłuszczonym notesie cyfry i sumy, młodzieniec ten podszedł do mnie kiedyś w bufecie (już wtedy był miłośnikiem „bufetów”) i zapytał mnie łamaną polszczyzną, czy to prawda, że piszę wiersze. Byłem skromnym przybyszem z prowincji, naiwnym chłopcem z miasta Łodzi, któremu obce było zepsucie wielkiego miasta, to bagno, na którym „kwiatki” w rodzaju p. Gr. tak bujnie wyrastają. Przyznam się, że mi nawet zaimponowało wówczas to zainteresowanie się mną przez tego osobnika, którego z racji jego wszędobylstwa, zawsze wypchanej teki i zażywnej tuszy (ja byłem szczupły) uważałem za jakąś ważną na terenie uniwersytetu figurę. Raził mnie wprawdzie wygląd mego interlokutora – wspomniane baczki, koszula a'la Słowacki i wysoka futrzana czapka od bekieszy – odpowiedziałem jednak z wrodzoną mi uprzejmością, że owszem, piszę wiersze. Wtedy spocony i zacharkany „kolega” zaczął, sepleniąc, bełkotać coś w rodzaju: „No to może, no to może ko le ga bę dzie łas kaw pra wda prze czy tać mi coś bo ja wła śnie mam za miar za ło żyć pis mo pi smo”. Jąkał się do tego i prawie każde słowo powtarzał dwa razy. Perspektywa drukowania wierszy w piśmie stołecznym była dla mnie takim szczęściem, takim przełomowym w moim pojęciu wydarzeniem, o którym przez tyle lat marzyłem w Łodzi, że zarumieniłem się jak świeże jabłuszko i wzruszonym głosem wyszeptałem, że się zgodzę.

Pierwszym utworem, który mu przeczytałem była „Wiosna”. Jak już sam tytuł wskazuje, był to wiersz opiewający piękno obudzonych po śnie zimowym sił natury, radosny hymn na cześć kwiatów, zieleni, strumyków i słońca. Prostymi dźwięcznymi słowami, ujętymi w melodyjne zwrotki, dawałem wyraz uczuciom, jakie przepełniają moje młode serce na widok naszych łąk i łanów, nad którymi wesołe ptaszki wyśpiewują odwieczne swe piosenki. Kończyło się to wezwaniem do młodzieży, ażeby i ona stała się jak ta wiosna, tj. aby rozkwitała dla dobra ojczyzny, której jest nadzieją i przyszłością. Kiedy pełen tremy, skończyłem czytanie, „kolega Mietek” zaczął mówić:

– Bardzo ładnie, macie talent, ale muszę was uprzedzić kolego, że w tej postaci nie mogę tego drukować. To jest wiecie, za naiwne, za dziecinne. Nowe czasy wymagają nowego ujęcia tematu. Przede wszystkim musicie przenieść akcję wiersza do wielkiego miasta. Na widownię świata wystąpiły tłumy, kolego! Wielki ludzki kolektyw domaga się dytyrambu na swoją cześć! Pokazujcie nam wiosnę tłumu, wiosnę gromady, w całej realistycznej ohydzie seksualnego pożądania! Ptaszki, kwiatki, strumyczki – to już dziś nie idzie! Dawajcie rozbuchaną na wiosnę płeć i erotyzm kolektywu!

Byłem przerażony. Urbanizm? Kolektyw? Płeć? Erotyzm? – Ależ kolego – powiedziałem – te pojęcia są mi obce, a nawet wstrętne!…

„Redaktor” żachnął się niecierpliwie:

– Przyjeżdżacie tu z głuchej prowincji i mnie będziecie uczyć, co jest wiosna, tak? Dawajcie futuryzmu! Dawajcie wyzwolenie z pęt zaśniedziałej tradycji! Wysuwajcie seksus na czoło!

Zrobiło mi się na duszy strasznie. Rzeczywiście! Zasiedziałem się w tej Łodzi, a u nich w Warszawie, zjawiły się nowe prądy, nowe idee, o których nic nie wiem. A przecież sam czytałem, że „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe!” Drżącym głosem zapytałem:

– Więc jaka ma być ta wiosna?

Chytry łotrzyk obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem i rzekł drwiąco:

– Jaka? Taka! Siadajcie i pisajcie! – I zaczął mi dyktować:

„Gromadę się dziś pochwali.
Pochwali się zbiegowisko
I miasto…”

Muszę przyznać, że mi się to podobało. Był w tym jakiś nowy śmiały rytm – obcy mi wprawdzie, ale kuszący nowością. Demon pochylił się nade mną i rzekł:

– Teraz dawajcie rym do „miasto”!

– Niewiasto – powiedziałem bez namysłu.

– Świetnie! Niewiasto! Już macie seksualne oparcie! Podawajcie teraz dobry epitet do tego „niewiasto!” No?

– Niewiasto – szepnąłem zażenowany – niewiasta… to kobieta – więc może bogdanko! ideale!

Tłusty, spocony, brudny Żydziak rechotał ze śmiechu, przedrzeźniając mnie:

– Bogdanko! Ideale! Słowo wam daję, że mi was wstyd kolego T! To musi być coś modern, realismus, podpuszczajcie seksus! Nazywajcie ją „Brzuchu na biodrach szerokich!” No, śmiało!…

Siedział u mnie do piątej rano…

Tak powstał mój wiersz „Wiosna”.