Julian Tuwim w Internecie

Po (drugim) pierwszym roku

Właśnie minął rok od reaktywacji witryny „Julian Tuwim w Internecie”. Pora spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy warto było drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Odpowiedź nie będzie prosta, choć zasadniczo powinienem odpowiedzieć twierdząco.

Przez ćwierć wieku Internet się zmienił. Gdzieniegdzie na gorsze, gdzieniegdzie na lepsze. Przede wszystkim obrót myśli został skanalizowany przez duże korporacje cyfrowe. Kontrolują one dawkowanie internautom najrozmaitszych informacji i zasadniczo nic na to nie można poradzić. Jednym z kuriozów współczesnej nowomowy jest pojęcie „media społecznościowe” oznaczające w rzeczywistości „narzędzia prywatnych firm”. Pytanie – jak w takich warunkach ogłosić światu wiadomość o powstaniu witryny – nie ma łatwej odpowiedzi. Rzecz jasna „reklamowałem” swoją stronę na owych „social mediach”, ale zjawisko baniek informacyjnych skutecznie ogranicza zasięg podobnych działań. Dlatego najbardziej efektywnym sposobem jest chyba szeptana propaganda. Z satysfakcją zauważam, że bez udziału najważniejszych wyszukiwarek internetowych, liczba aktywnych użytkowników powoli rośnie. Dziennie zagląda tu od kilku do kilkunastu czytelników.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że strona jest anachroniczna. Moje dzieci określiły ją, jako typowy produkt w stylu Y2K. Jak mi wytłumaczyły, chodzi o to, że to coś, co wygląda, jakby było utworzone w okolicach roku (Y) 2000 (2K). To mój świadomy wybór. Od samego początku miało być to miejsce „gdzie możesz sobie poczytać”. Rzecz jasna grafiki też się pojawiają, ale wtedy, gdy niosą ze sobą dodatkową treść, a nie tylko stanowią ilustracje dla samej ilustracji. Poszczególne artykuły wciąż są, przede wszystkim, zbiorami tekstów. Czasami długich.

Czy zastanawiam się dla kogo tworzę serwis „Julian Tuwim w Internecie”? Nie. Nie wyobrażam sobie spodziewanego odbiorcy, nie piszę „pod typowego internautę”. Piszę to, co sam chciałbym znaleźć i przeczytać. Wiem wtedy, że na pewno istnieje co najmniej jeden odbiorca, który akceptuje moją pisaninę (chodzi o mnie 😊). A skoro istnieje co najmniej jeden, to może znajdzie się więcej podobnych do tego jednego.

Ponieważ piszę o twórczości, która ma już wiek, w powszechnym odbiorze gubi się jej kontekst. Staram się go odnajdować, głównie dla samego siebie. Kiedy w latach 80-tych brałem do ręki „Jarmark rymów” i „Pisma prozą”, znajdowałem tam to po prostu kunsztowne i dowcipne teksty. Z czasem, kiedy lepiej poznałem historię międzywojnia i czasów powojennych, nabrały one dodatkowych znaczeń. Próbuję po swojemu objaśniać więc to i owo, bo może również potencjalnemu czytelnikowi to się przyda. Ale staram się w tych działaniach nie przesadzać, żeby nie być, jak ci co łopatologicznie tłumaczą opowiedziany dowcip. I w ten sposób, dostaliśmy sprytne nawiązanie do twórczości Tuwima, który miał również i taki epizod:

WIELKIE UDOGODNIENIE DLA CZYTELNIKÓW „CYRULIKA WARSZAWSKIEGO”

Dbając nieustannie o dobro i wygodę szanownych naszych czytelników, wprowadzamy z dniem dzisiejszym nowy dział, który niewątpliwie zdobędzie sympatię oraz uznanie naszych przyjaciół. Żyjemy w epoce, której hasłem naczelnym jest „Time is money” „Czas to pieniądz”. Wszystko w zawrotnym tempie pędzi naprzód, każda sekunda życia ceniona jest na wagę złota – nic więc dziwnego, że większość czytelników naszego organu nie ma czasu na zastanawianie się nad sensem oraz istotą drukowanych przez nas dowcipów. Zdarza się często, że zrozumienie dowcipu wymaga długich tygodni wytężonej pracy umysłowej. Tego trudu i męki postanowiliśmy kochanym czytelnikom naszym zaoszczędzić. Podajemy szereg dowcipów z dokładnym rozwiązaniem, wytłumaczeniem i niezbędnymi komentarzami.

* * *

– Mamusiu, pyta sześcioletnia Wańdzia, czy mademoiselle ma skrzydełka?

– Skąd ci to przyszło do głowy, Wańdziu?

– A bo tatuś mówił do niej: mój aniołku.

Dowcip polega na tym, że Wańdzia była zapewne świadkiem czułej sceny między swym papą a mademoiselle (po francusku: panna, tutaj bona) i usłyszała, że tatuś nazywa ją aniołkiem, W umyśle dziecka pojęcie anioła kojarzy się z posiadaniem skrzydeł, Wańdzia zwraca się więc do matki z zapytaniem, czy bona posiada skrzydła. Możemy sobie wyobrazić, ile gromów spadnie na łysą głowę frywolnego tatusia dzięki odkryciu sprytnej Wańdzi!

* * *

– Słuchaj, Kon, może kupisz abonament na 12 kąpieli?

– Skąd ja wiem, czy będę jeszcze żył 12 lat?

Sens tego żartu jest bardzo prosty. Żydzi nie lubią się kąpać. W pojęciu p. Kona kąpać się można najwyżej raz do roku. Gdy przyjaciel proponuje mu abonament na 12 kąpieli, Kon błyskawicznie oblicza, że 12 kąpieli to dla niego historia 12 lat, odmawia więc kupna abonamentu, gdyż nie wie, czy tak długo będzie żyć. Ma on ze swego punktu widzenia rację, bo za abonament musi zapłacić z góry, a gdyby, dajmy na to, umarł za trzy lata, nie zużytkowałby dziewięciu pozostałych kąpieli, czyli poniósłby stratę.

* * *

– Pożycz mi pięć złotych.

– Nie mam przy sobie.

– A w domu?

– Dziękuję, wszyscy zdrowi.

Dowcip polega na tym, że nagabywany o pożyczkę nie chce nagabującemu pożyczyć. Zna go pewno dobrze i wie, że nie odda. Ale jak tu się wykręcić? Nie można przecież wręcz oświadczyć: „Nie dam ci, bo nie oddajesz”. Trzeba użyć wybiegu – odpowiedzieć, że się nie ma przy sobie. Tamten jednak nie daje za wygraną i zapytuje: „A w domu?”, mając na myśli posiadanie pieniędzy w domu (ewentualnie poszedłby z nim do domu i tam dostałby te 5 złotych). Nagabywany jednak nie w ciemię bity! Domyślił się natychmiast, co te słowa znaczą, ale udaje, że nie zrozumiał! Udaje, że niedoszły wierzyciel pytając „A w domu?” pragnie dowiedzieć się, co słychać u jego rodziny – odpowiada więc, że wszyscy zdrowi i w ten sposób udaremnia dalszą rozmowę o pożyczce.

* * *

– Zamknij, Fonsiu, drzwi! Na dworze jest bardzo zimno.

– A czy na dworze, stryjenko, będzie ciepło, jeżeli drzwi zamknę?

Rozmowa Fonsia ze stryjenką jest zjadliwą satyrą na nasz klimat. U nas, rzeczywiście, zawsze zimno: czy drzwi otwarte, czy zamknięte, pogoda zazwyczaj nie dopisuje. W krajach południowych świeci słońce nieomal przez rok cały. A jakie tam niebo! Co za powietrze! A u nas? Od października prawie do końca kwietnia ciągłe słoty, wichury, deszcze, mrozy, ludność się ciągle przeziębia (patrz grypę), zimą czerwienieją nosy i ludzie przewracają się z powodu ślizgawicy, co budzi powszechny śmiech. Fonsio dobrze to zrozumiał i odciął się stryjence dość ostro. W słowach jego ukryty jest właściwie sens następujący: „Zamiast mi dawać rady, dałabyś lepiej parę tysięcy złotych, żebym mógł pojechać na Riwierę – tam słońce grzeje, kwitną cytryny, niebo jest czyste i lazurowe”. Ale ciotunia widać skąpa, bo mu nic nie odpowiedziała. Słowem – dobry ananas z naszego Fonsia, a stryjenka też nie lada cholera. Razem z klimatem naszym para ta stanowi dobraną trójkę!

* * *

– Mężusiu, chodźmy dziś do teatru.

– Dobrze, żoneczko. A co dziś grają?

Dowcip polega na tym, że mężuś jest typowym pantoflarzem. Ledwo mu żonka zaproponowała teatr, już się zgodził, nie wiedząc nawet, co grają. Może już nawet zna tę sztukę, ale jakby się ośmielił pisnąć o tym słówko? Wola magnifiki jest dla tych panów rozkazem. Niechby się odważył powiedzieć: „Nie pójdę!” Jego lepsza połowa chwyciłaby trzepaczkę i dostałoby się panu mężusiowi! Pójdzie więc z żoną do teatru, aczkolwiek nie ma ochoty. Będzie siedział drzemiąc, lecz ani jednym słowem nie zdradzi swych uczuć. Tak, tak! My rządzimy światem, a nami – kobiety.