Skandalistka na półpięterku Skamandra
Już raz pisałem o istotnej roli kawiarń w życiu literackim międzywojnia. Tamten artykuł był dość ogólny i kierował uwagę raczej na miejsca, a nie na konkretnych ludzi. By usunąć tę lukę, prezentuję relację Ireny Krzywickiej, swego czasu znanej i kontrowersyjnej pisarki.
Poniżej cytuję fragmenty jej książki „Wyznania gorszycielki”, napisanej z pomocą redaktorki Agaty Tuszyńskiej. Sama książka, pełna niedyskrecji – również auto-niedyskrecji – jest swego rodzaju autobiografią. Książka ukazała się na samym początku lat dziewięćdziesiątych, była bardzo popularna i miała kilka wydań. Cóż, kto nie chciałby zanurzyć się w świat złośliwości skierowanych do ówczesnych sław. Nas jednak zamiast nich, interesować będzie portret słynnego „półpięterka” w Ziemiańskiej.
Dostąpiłam wówczas (chodzi o rok 1928), jak pisałam, wielu szczęść, a między innymi tego, że dostałam się już bezapelacyjnie na „górkę” w Ziemiańskiej. Po zamknięciu kawiarni Pikadora to półpiętro stało się sławne. Skamandryci okupowali na stałe stolik, który stał się przedmiotem zachwytu dla jednych, przedmiotem zawiści i nienawiści dla innych. Ta zawiść i nienawiść były dość dziwne, ostatecznie młodzi poeci mieli prawo zarezerwować sobie ten czy inny stolik i zapraszać do niego tych, których pragnęli. Stał się on rodzajem klubu, bardzo zamkniętego, to prawda, już choćby ze względu na szczupłość przestrzeni, jaką stolik, kanapka i otaczające krzesła mogły zajmować. Ale, jak wspominałam Lechoń, który tam „urzędował” stale, wprowadził surową selekcję, Do stolika nie byli dopuszczani ludzie bez talentu. Kobiety pojawiały się tam rzadko, ale je tolerowano gdy były piękne. Jakoż piękne były żony poetów; Iwaszkiewiczowa, Konarska (późniejsza Słonimska), Wierzyńska, Tuwimowa. Ale te panie przychodziły rzadko, zazwyczaj nie interesowały ich intelektualne rozmowy, żonglowanie słowami, dowcip polityczny.
W owym czasie z całej grupy Skamandra najwyżej ceniony jako poeta, był właśnie Lechoń. Nie podzielałam tego poglądu. Jego wiersze wydawały mi się zbyt tradycyjne, zbyt deklamatorskie, akademickie, a forma ich nie była w moim pojęciu dość bogata i urozmaicona. W porównaniu z wulkanicznym wybuchem poezji Tuwima, jego odnową języka i wiersza, z intelektualizmem i mistrzostwem Słonimskiego, radością życia młodego Wierzyńskiego, Lechoń wydawał mi się staroświecki. Poezji Iwaszkiewicza nie lubiłam, ale za to jego proza miała od razu czar urzekający.
Spotykaliśmy się codziennie, od pierwszej do trzeciej. Potem już półpiętro bywało zazwyczaj puste. Boy czuł się dobrze wśród tych młodych, sam odmłodzony tak bardzo, wszyscy, co go jakiś czas nie widzieli, byli zdumieni jego wyglądem. Do moich zwolenników należał nie tylko on, ale i Grydzewski, który niejako był mi patronem od początku mojej pisaniny („Głosu Robotnika” nie liczę) i którego życzliwości i redaktorskiej inicjatywie, wiele zawdzięczam. Do moich przyjaciół, od pierwszej chwili należał też Słonimski. Nigdy nie było między nami nic erotycznego, a przyjaźń nasza przetrwała cale życie.
Lechoń wkrótce wyjechał na placówkę dyplomatyczną do Paryża, a królowanie przy stoliku objął Antoni, o wiele bardziej tolerancyjny w dopuszczaniu nowych ludzi. Żony nadal nie były zbyt chętnie widziane, chyba na chwilę, aby olśnić urodą, ale pojawiali się aktorzy, a zwłaszcza Jaracz. Nieporównany i niezastąpiony Jaracz, który dziś byłby zapewne także wielkim aktorem filmowym, ale podówczas „szanujący się” aktor w filmie nie grał, zwłaszcza w słabiutkim filmie polskim. Słonimski, wysoki i muskularny (był świetnym tenisistą), ale brzydki potężnie, miał niesłychane powodzenie u kobiet. (…) Na starość stał się dziecinnie próżny i przechwalający każdym usłyszanym komplementem. Bywał okrutny, jako młodziutki pisarz nawet bezczelny, trochę taki warszawski łobuziak, który ciął ludzi swoim ostrym językiem, jak brzytwą. Wielu się go bało, wielu nienawidziło. On nic sobie z tego nie robił. Dostał parę razy po twarzy, ale w rezultacie to napastnik bywał przez niego pobity. (…)
Poznałam też na „górce” Tuwima. który był i to od razu, najsławniejszy ze wszystkich, niemal od pierwszego wiersza, wydrukowanego w studenckim piśmie „Pro Arte et Studio”. Jego „Wiosna” z miejsca narobiła wiele hałasu, wyrywano ją sobie z rąk. Poetę oblewano błotem i jednocześnie wychwalano pod niebiosa. Zresztą dalsze wiersze Tuwima, zebrane w tomiku „Czyhanie na Boga” spotkały się z podobny przyjęciem. Nade wszystko nie mieściło się w opinii endeckiej, a była ona, niestety, przeważająca, że tak wspaniale po polsku, tak bogato może pisać Żyd. Pisał wprawdzie również Antoni Lange i popularny Or-Ot (Oppman), ale ich pochodzenie jakoś nie utkwiło w świadomości czytelników. Do opinii nie dotarło, że misterny Leśmian też był Żydem. Tuwim był jednak nazbyt widoczny, nazbyt wspaniały, nazbyt zwracający na siebie uwagę i nazbyt nowatorski, aby nie obudzić fali żydożerczej nienawiści jednych, a zachwytów, znacznie mniej licznych, z drugiej strony. (…)
Na „górkę” przychodził też Wierzyński (w owym czasie pięciu Skamandrytów było nierozłącznymi przyjaciółmi), miły i piękny i jeszcze piękniejszy od niego Iwaszkiewicz, o dziwnej, jakby tatarskiej urodzie, trochę skośnych oczach, bardzo pełnych ustach i nieco tajemniczym wyrazie. Pamiętam, jak szedł ulicą Mazowiecką, jeszcze go wtedy nie znałam, w podartych butach, rozwianym lichym paletku, ogromnego wzrostu i zadziwiającej powierzchowności, której nie można było zapomnieć. Nie ukrywał wcale swoich homoseksualnych skłonności i był jednym z pierwszych w literaturze (w każdym razie w Polsce), który dał im wyraz w swoim utworach. (…)
Spotykanie się na „górce” nie oznaczało bynajmniej przyjaźni, czy obowiązkowego bywania u siebie. Co do mnie, to przyjaźniłam się naprawdę z Boyem (oczywiście) i z Antonim. Z Jarosławem zaprzyjaźniłam się znacznie później. Lechonia wręcz nie lubiłam. Z Tuwimem stosunki były serdeczne, bo był serdecznym człowiekiem, ale nie bliskie. Może dzieliła go od niektórych ludzi psychopatyczność jego charakteru, może wzgardliwy chłód jego żony. (…)
Skoro dostaliśmy portret całej piątki Skamandra, słowo o Marii Morskiej, która rzadko dziś wspominana, w czasach działalności „Pod Pikadorem”, była równoprawną członkinią grupy. Nazywana „muzą skamandrytów” w późniejszych czasach nieco usunęła się w cień. Jej trudne, wojenne losy były inspiracją dla Krzywickiej przy pisaniu książki „Zamurowany świat”.
Pewnego dnia Antoni przyprowadził mi swoją długoletnią przyjaciółkę, ongi wielką swoją miłość, z którą, po wygaśnięciu uczuć spotykał się codziennie na długie rozmowy. Była to urocza Maria Morska, której tak poprzednio zazdrościłam zażyłości ze Skamandrytami. Nazywała się w rzeczywistości Niuta Knastrowa, była żoną docenta matematyki (późniejszego profesora), który kochał głęboko tylko ją jedną, ale nie żądał w zamian tak zwanej wierności. Niuta była osobą pełną wdzięku. o wrażliwej, nieco cukrowej manieryczności, z którą się było łatwo zżyć i przyjąć jako coś jej tylko właściwego. Wychowana w Anglii, zechciała mnie poznać z powodu mego przekładu nowel Wellsa. Twierdziła, że nigdy dotąd nie czytała przekładu swego ulubionego autora (stąd też kult Antoniego dla Wellsa), tak oddającego styl, dowcip i sposób jego pisania. Było to tym zabawniejsze, że dokonałam tego przekładu w ciąży, dla pieniędzy, nie znając prawie angielskiego. (…). Niuta była kobietą nie tylko miłą, ale niezwykle dobrą, ogromnie inteligentną i oczytaną. To ona stanowiła źródło wiedzy dla nieco niedouczonego (ale obdarzonego nieomylnym smakiem i intuicją) Antoniego. To z rozmów z nią rodziły się owe niezapomniane „Kroniki Tygodniowe” od których czytelnicy zawsze zaczynali, biorąc do ręki nowy numer „Wiadomości”. Miała wielkie poczucie humoru, rozmowy z nią były zabawne i rozumne. Była typem egerii, kobiety zapładniającej duchowo i intelektualnie. Lubiła działać literacko per procura. Usiłowała, zresztą bardzo dyskretnie, podsuwać mi tematy i rozwiązania (…) Oddziałała niewątpliwie na Lilkę Pawlikowską, z którą była w bliskiej przyjaźni i która zadedykowała jej niejeden wiersz. Z czasem zaczęła pisać sama i drukować w „Wiadomościach” jako Mariusz Dawn. (…) była wesoła, miła, mądra, ładnie śmiejąca się drobnymi ząbkami i nie odbita żadną sztancą. Tak to ten szczęśliwy dla mnie rok 1928 dał mi nie tylko przyjaciół, ale i przyjaciółkę.
Może tylko wytłumaczę się z częstego użycia kropeczek: (…) Przyznam się, że opuściłem co ostrzejsze sądy Krzywickiej. Cóż, moim zamiarem nie jest rozsiewanie niedyskrecji i złośliwości – kto ich ciekaw, niech po prostu przeczyta całość „Wyznań gorszycielki” – ale zajrzenie w przeszłość, do skamandryckiego stolika. Tak, jak swego czasu zaglądała tam Maja Berezowska, autorka grafiki „Na pięterku w Ziemiańskiej”. Chyba nie będziemy mieli kłopotu z rozpoznaniem głównych bohaterów dziełka (dla ułatwienia dodam, że do całej piątki Skamandra brakuje Słonimskiego):

Rysunek pochodzi z serwisu aukcyjnego Agra-Art.

