Julian Tuwim w Internecie

Jeden wiersz – Mucha

Wiersz „Mucha” ukazał się w „Wiadomościach Literackich” w roku 1939
 

MUCHA

Świeca w lichtarzu
Do dna dopływa,
Stęka po kątach
Cisza mrukliwa.
Z ręką na ustach,
Z drugą na czole,
Jak malowany
Siedzę przy stole.

Nie słychać świerszcza,
Zegar nie tyka,
I tylko mucha
Na lepie bzyka:
Muzyką wzywa,
W śmierci grzęznąca,
Brzękiem żałosnym
Wszechświaty wstrząsa.

 
* * *

Jeden wiersz.

To twój odbiór po jego przeczytaniu, jest dla ciebie tą właściwą i prawdziwą interpretacją. Ale jeśli chcesz przeczytać, co może oznaczać dla innych, możesz przejść dalej… Mam nadzieję, że znajdziesz tam coś więcej od szkolnego „co poeta miał na myśli…”

 
* * *

 

 

22 stycznia 1939 roku na pierwszej stronie „Wiadomości Literackich” ukazuje się pięć wierszy Juliana Tuwima. To gratka, bo od 1937 r. pojawia się coraz mniej „poważnych”, „dorosłych” utworów poety. Tym dziwniejsze, że dzieje się to zaraz po eksplozji talentu w roku 1936, kiedy powstały „Bal w operze”, „Wiersze o Małgorzatce”, tomik „Treść gorejąca” i seria błyskotliwych wierszy dla dzieci. Ponieważ kolejne tomiki ukazują się mniej-więcej co trzy lata, początkowo problem nie jest widoczny. Ale coraz częściej pojawiają się wypowiedzi krytyków, coraz ostrzej krytykujących twórczość Tuwima. Przewrotnie spełnia się proroctwo endeckich publicystów, którzy przekonywali opinię publiczną o beztalenciu poety. Przyczyna „zatkania otworów literackich” – jak sam pisał o sobie – jest znana: Przez te lata poeta chorował na depresję. Tak w 1942 r. pisze o swojej chorobie w liście do siostry:

Pierwszy straszny atak lękowy, jakiego doznałem i od którego zaczęła się moja choroba (było to 30 czerwca 1932 r.), zdarzył się, gdy byłem sam na ulicy. (…) W Warszawie, w pierwszych latach choroby, przytrafiało się to niemal codziennie. (…) przy końcu roku 1936 i na początku 1937 byłem już zdrowy. Aż nagle, w lutym r. 1937, przez jakąś głupią historię nastąpił nawrót tych lękowych doznań. Od tego czasu jestem jak w więzieniu: nie mogę swobodnie rozporządzać sobą. Musi ktoś być ze mną. Więc ani do pomyślenia jest dla mnie samotny spacer, wyjazd, nawet pozostanie na kilka godzin w zamkniętym pomieszczeniu, jeżeli w pokoju lub za drzwiami nie ma „pogotowia ratunkowego”. Od czego ma ono mnie ratować? Diabli raczą wiedzieć!

We wspomnieniach siostry zachował się boleśnie groteskowy obraz:

W drugiej połowie lat trzydziestych stan zdrowia Julka zaczął się niepokojąco pogarszać. Ciężka operacja wrzodu żołądka i postępująca nerwica lękowa ścinały go z nóg. Chudł coraz bardziej i całymi okresami nie mógł chodzić na skutek obawy przestrzeni. Leczył się u wielu lekarzy, jakoś bezskutecznie, i nieraz mówił, że nie pozostaje mu nic innego, jak iść ze swoją „nieuleczałką” do „guślarzy i znachorów”. O ile mi wiadomo, raz tylko, w zupełnej desperacji, poszedł do modnego podówczas w Warszawie Wojnowskiego.

(…) Odwiedzałam go wtedy dość często. Mówił z gorzkim humorem, że odwiedzających go ludzi ogląda nie inaczej „jak z pozycji horyzontalnej”. Leżał zwykle na tapczanie przy półprzyćmionym świetle i zasuniętych storach (nie cierpiał jaskrawego światła), zawsze nieskazitelny w ubiorze i – co konstatowałam ze ściśniętym sercem – w obuwiu jakby świeżo wyjętym z pudełka, obuwiu, które prawie nigdy nie dotykało ziemi.

* * *

Autor nie jest podmiotem lirycznym, ale w utworze „Mucha” słychać depresję. Cisza przeciwstawiona jest brzęczącej musze (ile tam syczących i szeleszczących głosek w końcówce). Mucha cierpi i umiera. Jej konanie rozlewa się na cały wszechświat, bo choroba przesłania sobą cały świat, staje się jedyną treścią. Świadek śmierci muchy jest nieaktywny – jak malowany, niemy – z ręką na ustach i nieruchomy – siedzi przy stole. Jest niezdolny do działania. Czuje jedynie cierpienie muchy… Nie do odróżnienia ze swoim własnym.

Jeszcze jedno: mamy początek roku 1939. Już niedługo życie ludzkie nie będzie warte więcej od życia muchy.