Brat z wyboru
Jednym z najpiękniejszych wspomnień o Julianie Tuwimie, na jakie się natknąłem, jest tekst Kazimiery Iłłakowiczównej z roku 1954. Wagę jej wspomnień podkreśla fakt, że w odróżnieniu od „brata z wyboru” związana była ze środowiskiem twórców odnoszących się do tradycji chrześcijańskiej.
POZGONNE TUWIMOWI
Kiedy myślę o Tuwimie, moim bracie z wyboru, i staram się dociec, w jakiej mianowicie chwili to braterstwo powstało – nie umiem tego określić.
Tuwim – chudy, szybki, dziki – deklamujący w 1919 w kabarecie „Pikador” swoją „Wiosnę”, wiersz, który głęboko ludzi gorszył, zgorszył i mnie, tak że wyszłam ze ściśniętym sercem z sali.
Tuwim – czyhający na Boga z żarliwą zaciętością, z tą mieszaniną bolesnej tęsknoty i dziecinnego zaciekawienia, które nigdy nie pozostają bezowocne… Czyhał tak w okresie, kiedy ja chodziłam leciutko po świecie, zdecydowawszy od młodych bardzo lat, że nie trzeba na te rzeczy tracić czasu, bo TAM na pewno nic nie ma.
Tuwim – nie dający się całej sforze złych psów, szarpiących go za podszyte podówczas wiatrem życie. Tuwim oddający z nadwyżką nienawiść za nienawiść zajadłym wrogom, jak do końca życia zresztą oddawać jej nie przestał. Niektórzy z jego antagonistów chwaląc mnie, wynosząc mnie po to, żeby Tuwima tuż obok poniżyć – mogli nas przecie na zawsze poróżnić. Nigdy tak się nie stało.
Tuwim – wielki piosenkarz, kabareciarz „Pikadora” i „Qui pro Quo”, mojego ulubionego genre'u: scena, a na scenie błyskawiczna zmiana, sto konfliktów, nie jeden, w ciągu wieczoru. Tuwim wraz z kolegami wniósł do tego, co wprzód było tylko kafeszantanem ( śpiewająca kawiarnia), prawdziwy dowcip i prawdziwe piękno. Krzyczano, że pornografia… Nienawidzę pornografii. Nieustanną moją radością jest, że się jej dziś nie spotyka publicznie… Ale wtedy tak zwana pornografia należała do strawy kabaretowej, jak wątróbka do gęsi. Jeśli ją skrzydlaty Tuwim, była przynajmniej kunsztowna, ba, częściowo piękna, a zawsze pełna dowcipu. Śmiał się człowiek nie dlatego, że było to nieprzyzwoite, ale mino to.
Kabaret Tuwima, śmiałe, trafne, barwne karykatury jego wodewilów, natchnione groteski, w których jednak zawsze coś „dało się lubić”, coś w tych czupiradłach prawdziwie, zatrważająco – ludzkiego, co tylko on umiał wykrzesać z martwych, ogranych tekstów.
I Tuwim pijący na umór z Wieniawą… Ten miał nie głowę mocniejszą, ale mocniejsze zdrowie… Kto wie, czy nie w tym okresie należy szukać zarodków choroby, która trapiła Tuwima długie lata, aż zmogła go w 1949 w Moskwie i doprowadziła do ryzykownej, ale zbawczej operacji.
Nie pamiętam żadnego takiego spotkania z Tuwimem: czy to w początkach „Skamandra”, na którego kilku pierwszych okładkach figuruję i ja – przez specjalną obustronną kurtuazję – czy to w księgarni u Mortkowiczów, czy (w okresie mody na nas oboje) na wielkich rautach oficjalnych, czy to w tzw. Akademii Niezależnych, nie pamiętam takiego spotkania, które nie było dla nas obojga wielką manifestacją radości. Nie, żebyśmy prowadzili długie, „pryncypialne” rozmowy, czy byli tych samych poglądów i gustów, czy zabiegali w życiu o to samo. To wszystko jakoś się nie liczyło. Wesoła pewność i niezachwiane zaufanie łączyły nas jakby łaskawą tęczą.
Przez lata całe ja byłam nieludzko zaoranym urzędnikiem, Tuwim – kolorowym ptakiem, mieniącym się coraz to nową barwą. Podziwiałam je wszystkie… I, o Boże, jakżeż ja się musiałam o niego stawiać i wykłócać i na ile stron naraz. Tu – że pije i że pornograf, tam – że jeździ na wieś do gościnnych ziemiańskich domów, a jest niby socjalistą; ówdzie – że to propagator defetyzmu (vide „Rżnij karabinem w bruk ulicy”), gdzie indziej – że chodzi na każdą rewię wojskową; że renegat, bo moskalofil, że renegat, bo chociaż Żyd, nie pisze po Żydowsku, a powinien; że bluźnierca, bo ośmiela się w ogóle pisać o Bogu… Istotnie, cała poezja Tuwima roi się od imienia bożego, jest cała Bogiem przepleciona….
Najgorsza passa była na parę lat przed wojną: lata 1936-1938. Wspomina o niej Tuwim z dotkliwą goryczą w „Kwiatach polskich”. Obrzydliwa nagonka, niebezpieczne wskazywanie palcem na tych, których pragnęło się zniszczyć. Z tego okresu pochodzi moja „Piosenka dla Tuwima”, drukowana w cennym pisemku literackim „Okolica Poetów”, wydawanym przez Stanisława Czernika w Ostrzeszowie. Tuwim nigdy nie zapomniał ani samej „Piosenki”, ani jak i od kogo za nią przed wojną obrywałam. Tu już jesteśmy in medias res.
Jest rok 1946, dzień 13 września. Przebywam w Siedmiogrodzie, jesienią 1944 roku zdobytym przez rumuńsko-sowieckie wojska na Węgrach. Moje miasto Kluż, odcięte przez długi czas od reszty Rumunii zniszczonymi liniami kolejowymi, zawalonymi tunelami i brakiem taboru, otrzymuje dopiero od lutego 1946 r. znowu jaką tam pocztę. Żywię się lekcjami języków w kraju podbitym, obrabowanym, wyniszczonym przez suszę. Jest głód.
Od 1939 roku nie widziałam gazet z Polski. Ale działa poczta pantoflowa przez kolejarzy, przez żołnierzy radzieckich. Jakaś wiadomość kędyś musiała dojść do mego brata z wyboru. Bo 13 września zjawia się taka oto depesza:
„Ogromnie ucieszony wiadomościami przesyłam Pani najlepsze życzenia. Książki i pisma wyślę. Proszę zawiadomić, co Pani jeszcze potrzeba. Zapewniam wszelką pomoc. TUWIM.”
To jest taka pierwsza błyskawica. 1 października poczta przynosi polskie gazety. Wszystkie one wzywają do powrotu, a jest ich cały wybór: od „Głosu Ludu” po „Tygodnik Powszechny”. (…) Jest 24 stycznia 1947 r. Oto, co mi pisze pod tą datą Tuwim:
„Nie śmiem Pani namawiać do powrotu do Polski… Jedyną namową niech będzie następujące stwierdzenie, szczere i doprawdy z głębi serca płynące: jestem bardzo szczęśliwy, że do Polski wróciłem. Nie ma takiej zagranicy, w której dziś chciałbym przebywać… Jednocześnie składam ofertę na spełnienie wszelkich próśb Pani i okazanie każdej pomocy, niezależnie od tego, czy wróci Pani do Polski, czy nie…”
(…) Mój list z dnia 22 kwietnia 1947 r. wyłuszcza tylko jedną prośbę, prośbę o wpłynięcie na placówkę w Bukareszcie, aby mi wystawiła dokumenty, bez których wyjazd jest w ogóle niemożliwy. Interwencja, jaką obiecywał Tuwim, istotnie nastąpiła. (…) W tym miejscu muszę stwierdzić, że i ja – tak jak Tuwim – nigdy tego powrotu nie żałowałam. To się nie da z niczym porównać w świecie, wierzcie mi, że każdy napotkany człowiek jest swój, że się wita, uśmiecha i gniewa po naszemu. Nic się do tych ludzi nie chce, (…) tylko żeby żyli i żeby byli swoi. Naprawdę przez pierwsze dwa lata nie potrzeba mi było nic, nic, nic… O nic mi się nie chciało upominać ani starać, wszystko było aż nadto dobre – do od swoich. Bezsenność nawet, ta plaga księżycowa, była nie bezsenna, ale bezcenna, bo się przynajmniej mogło czuć wyraźnie to szczęście obecności wśród swoich.
To wszystko zawdzięczam Tuwimowi…
Przyjął mnie w ślicznym mieszkaniu na ślicznej ulicy; piękna, miła, różowa, jedwabna żona i mała różowa przybrana córka – wszystko śmiało się do mnie. Miał wszystko, czego człowiek w Polsce może zapragnąć – i należało mu się. – To jest moja siostra, Iłłakiewiczówna – powiedział sekretarce i pożyczył mi własne auto, żebym mogła nim objechać całą Warszawę od razu i nie rozkładać tego widoku na kilka udręczeń.
Ale w tym szczęściu była skaza. Tuwim cierpiał na chorobę przestrzeni. To było straszne, żeby taki skrzydlaty człowiek nie mógł znieść dokoła siebie wolnego obszaru – schodów, ulicy, placu. Nie dowierzałam własnym uszom:
– I co by się stało, gdyby pan musiał wybiec nagle, np. ratować kogoś, na ulicę, bez windy, bez auta, gdyby trzeba było biec ulicami?
– Nie mógłbym, umarłbym.
I rzeczywiście, o mało nie umarł w 1949 roku, ale nie z agorafobii, tylko na jakiś straszliwy wrzód wewnętrzny. Tu, w Poznaniu, odprawiono wtedy w Sacre Coeur mszę na jego intencję. Nie chciałabym nikogo gorszyć, ani barci w wierze, ani w niewierze, ale istotnie mszę na intencję wyzdrowienia Tuwima, oczywiście bez jego wiedzy. Ja mu dałam potem znać, już choćby przez lojalność. Oto podziękowania mego brata z wyboru:
„Najdroższa Iłło,
dziękuję za modlitwę – największy chyba dowód przyjaźni, jaki istnieć może. Słowa „dziękuję” nie zaopatruję w żadne przysłówki, bo by ich nie starczyło. Modlitwa, moja kochana, poskutkowała. Byłem półtora nogą na tamtym świecie… i ze wszystkiego zwycięsko wyszedłem… zabieg operacyjny usunął samo źródło choroby, która mnie przez długie lata trapiła.”
(…) Widzimy się znowu w lutym 1950 roku, kiedy pierwszy raz po osiedleniu się moim w 1948 roku w Poznaniu odwiedzam Warszawę, Tu znowu wypływają w rozmowie sprawy zdrowia, ta straszna agorafobia, która pęta tego skrzydlatego człowieka. Czy próbował wszelkich leków i lekarzy? Próbował. A może naruszone jest coś niewidzialnego? Nie pamiętam rozmowy ani też nie mam kopii mego ówczesnego listu. Najwidoczniej posłałam 1) adresy znachorów, 2) książki, które mnie – jak to się mówi – „pomogły”. A oto list Tuwima, pełen treści, a tak bliski, jakby pisał ktoś krewny:
Iłłeczko, duszpasterko moja!
Co za upór dobroci (inaczej tego nazwać nie mogę) w tym dziwnym sercu! – Dziękuję za adresy wiedunów, przezierców, guślarzy, owczarzy, znachorów, jasnowidzów, czarodziejów, zielarzy, szeptaczy, czarnoksiężników, magików etc. etc. Jakoś mi wstyd przed moim stuleciem zwracać się do tych cudotwórców. Ale – może to zrobię. Dziękuję też za książki, które w czasie w świąt przeczytam. Tymczasem przeglądając „Żywego Boga” stwierdziłem, że jest „mistyczny”… Byłbym niegodny przyjaźni, jaką mnie, Kazimiero najmilsza, darzysz, gdybym udawał, że mnie taka lektura potrafi wciągnąć. Ale to wcale nie znaczy, że nie potrafię zachwycać się klasycznymi dziełami literatury religijnej czy mistycznej, więc takim arcydziełem jak „Naśladowanie Chrystusa”. Wielką, głęboką radość sprawiła mi Pani tym darem, uświetnionym przejmującą dedykacyjną cytatą!
Moja droga! Nic na to nie poradzę, że nigdy nie odczuwałem potrzeby uczestnictwa w Zborze, nawet wtedy, powtarzam, gdy mnie tajemnicze „zaświaty” kusiły; nigdy nie wyobrażałem sobie, że pomiędzy mną a Wszechsiłą może ktoś pośredniczyć. Bo kto? Człowiek? Jak ja? Moja miłość do Chrystusa nigdy nie przekroczyła kręgu Jego nauk moralnych, etycznych, społecznych – a to wszystko, co Go otoczyło, traktowałem zawsze jako nadbudowę mistyczną, bardzo piękną, ale na tym koniec, na pięknie. (…)
Zdaje mi się, żem poganin, Iłłeczko najmilsza!”
Widziałam go po raz ostatni w maju roku 1953, kiedy na Sekcji Przekładowej jeżeli nie Poezji – w Warszawie rozdziobywał, jak kolorowy, świetny a drapieżny ptak, pracowity Ważykowy przekład „Oniegina”. Uwag do przekładu miał jakoby gotowych paresęt. Wysłuchaliśmy w ciągu półtorej godziny mniej niż setki. Policzył nawet sylaby, które rozsądnie zyskał kol. Ważyk rezygnując z rymów męskich, a tym samym z charakterystycznej rytmiki rosyjskiej i jej uroku. Tuwim oskarżał go, że tych kilkuset sylab dostatecznie nie wyzyskał. Powaga i żart, zaciekłość i kurtuazja zmieszały się w oszałamiający coctail. Była w tym i żarliwość miłość do tematu, i skrzydlate do nieosiągalnej doskonałości słowa, i najczulsza wierność polszczyźnie, której bronił jak rycerz w szrankach przeciw – jak sądził – niedociągnięciom, kapitulacjom tłumacza. Żądał bezwzględnie, aby kolega Ważyk był polskim Puszkinem. Jakże się cieszę, że widziałam Tuwima w tej całej jego świetności.
(…)Przeczytam na zakończenie wiersz, poświęcony pamięci mego brata z wyboru. Pisałam go dla dzieci:
O SŁOWIKACH
Zatrzymały dzieci żebraczkę
pod obłokiem z płomienia i srebra:
„Powiedz nam o słowikach,
dlaczego ulatują do nieba?”Przystanęła znużona podróżna,
Cała uschła, cała zmięta, cała zgrzebna:
„Wszystkie najśpiewniejsze słowiki
najchętniej ulatują do nieba.Pióreczka choćby najlżejsze,
Pazurki i dziób, i czaszka
Są za ciężkie dla słowika,
Dla najśpiewniejszego ptaszka.I nawet własne pieśni
Ciążą mu jak bochen chleba.
Jedne później, drugie wcześniej
– wszystkie ulatują do nieba…”Aleja zasłużonych, Niebo – każdy chciałby go mieć najlepiej, najzasłużeniej umieszczonym.
We wspomnieniu, którego obszerne fragmenty zacytowałem, znalazłem jeszcze jedno zdanie, które mam nadzieję, nie dotyczy niniejszego serwisu „Julian Tuwim w Internecie”.
Faktem jest jednak, że wielcy pisarze zawsze bywają po śmierci rozdzierani, jak Orfeusz przez bachantki, przez tych, którzy ich sobie na wyłączną własność przyswoić pragną.
Zacytuję jeszcze na koniec wspomniany przez Iłłakowiczównę wiersz „Piosnka dla Tuwima”. Był on odpowiedzią na zarzuty prawicowej prasy, że tuwimowy wiersz „Litania” stanowi wyraz bluźnierstwa.
PIOSENKA DLA TUWIMA
Niedługo już wytrzyma
zima:
powłoka jej jak szyba – cienka!…
Więc dlatego w ręku zakwita mi
w takt śniegu, co kluje, i deszczu, co ćmi,
dla brata mego, Tuwima,
piosenka.Nim zakwitną przylaszczki i pszczoły się zlecą do leszczyn,
Stoisz z włosem zbielałym nad tłumem, co łaje i wrzeszczy.
Struny ci łamią kamienie lecące z osypisk,
i konar dębu nad tobą i kruk na gałęzi –
skrzypią.
…I tulisz skrzypki do siebie, a jęk ich budzi cię
kiedy zasypiasz.Niedługo już będzie szalała zamieć:
Bóg bezbronnych okryje, a bezbożnych złamie,
stanie nad światem w promieniach,
żeby się prędzej zielenił
i doda pąków cierniom, a szczęścia dorzuci cierpieniu.Patrzy na palce światu
ten, który nie dołamał kwiatu,
na rękę, co skrzypki trzyma,
i na pięść, co kamienia się ima.
Policzona każda kropla każdej krwi……I dlatego,
choć zima jeszcze nie pęka,
przez uchylone wiosny drzwi
wybiega
do brata mego,
Tuwima,
piosenka!

