„Alfabet wspomnień” Słonimskiego
Jeśli miałbym polecić jedną książkę o dwudziestoleciu międzywojennym, Skamandrze i paru rzeczach naokoło, to byłby nią „Alfabet wspomnień” Słonimskiego. I to wcale nie dlatego, że po przeczytaniu będziecie znawcami międzywojnia, czy literackich odniesień do czasów powojennych. Słonimski jest zbyt doświadczonym autorem, żeby wymuszać na swoich wspomnieniach obiektywizm czy kompleksowe podejście „w pigułce”. Zresztą lojalnie uprzedza o tym we wstępie. Wartość „Alfabetu” polega na czymś innym: po prostu kolejne wpisy stanowią sobą smakowite drobiazgi do natychmiastowej i satysfakcjonującej konsumpcji. Bo te krótkie teksty „chorują” na powszechną przypadłość opowiadania o przeszłości – przywoływane zdarzenia zwykle wydają się lepsze czy mniej groźne, niż były w rzeczywistości. Tak, jak w anegdocie o arystokratce rosyjskiej, która cudem uniknęła śmierci w roku 1917 i odpowiada na pytania, kiedy była najszczęśliwsza. „W czasach rewolucji październikowej” odpowiada, na co zdziwiony rozmówca dopytuje „Ale to były straszne czasy, bolszewicy mordowali arystokratów, zabierano wam majątki…”, „Tak, ale wtedy miałam 18 lat”. Anegdota ta opowiadana jest również w kontekście francuskich porządków jakobińskich. No i nie pojawia się w książce Słonimskiego 😊.
Za to znajdziemy tam dziesiątki innych anegdot. Dzięki nim przeciwnicy Słonimskiego, nad którymi znęcał się w artykułach z „Wiadomości Literackich”, nie są często już tak jednoznacznie groźni. Na przykład Adolf Nowaczyński – złośliwości, złośliwościami, ale koniec końców: było, minęło. Choć akurat, gdy czytamy o artykule „Rudy do budy” czujemy jak ostre było pióro Skamandryty.
W wielu przypadkach autor woli pominąć gorzkie elementy biografii opisywanych osób. I tak na przykład rozwodzi się nad dowcipem, jaki urządził z kolegami Kornelowi Makuszyńskiemu z okazji urodzin, ale pomija fakt, że Makuszyński nie był drukowany w czasach stalinowskich, bo niezbyt chętnie przykładał rękę do popierania komunistów. Notabene opis „dowcipu” chętnie cytowany jest przez polonistki na lekcjach języka polskiego, ale jest tego wart.
Jeśli tak jest, to może mamy do czynienia ze szkodliwą, fałszującą historię książką? Na pewno nie! Pomyślmy: który tekst lepiej zachęci nastolatka do pogłębienia wiedzy na temat Makuszyńskiego – wyimek ze Słonimskiego, czy wpis na Wikipedii? Z drugiej strony: jeśli „Alfabet” w kimś nie wzbudzi zaciekawienia, to chyba już nic nie zadziała!
Pomimo, że od czasu do czasu włącza się pełna zadumy, smutna nostalgia, to humor jest podstawową bronią „Alfabetu”. Żeby się o tym przekonać, koniecznie trzeba zajrzeć do hasła „Bolesław Prus”. Tak, tak! Słonimski w realu spotkał podręcznikowego literata. Relacja z tego spotkania stanowi puentę wpisu. „Spróbuj się nie zaśmiać” jak mówią dzisiejsi YT-owcy.
Trudno nie przyznać, że „Alfabet” ma wady. Na przykład wiele przywoływanych postaci wypłukało się już z powszechnej świadomości. Słonimski, jak każdy jeden autor podobnych wspominków, manipuluje swoimi wpisami, by przedstawić się z tej dobrej strony – dlatego też, jak mówi rzymskie przysłowie „warto posłuchać drugiej strony”, choć już na własny użytek. A trzeba pamiętać, że miał „charakterek”. Czasami ciężki. Część tekstów stanowią przedruki z „Wiadomości Literackich” – nie wszystkie były pisane z myślą o książce. Jakby jeszcze chwilę się zastanowić, to tych wad pewnie znajdzie się więcej, ale nie mają one znaczenia. To po prostu wspaniała lektura, pozwalająca zajrzeć nam w przeszłość, by dowiedzieć się, co tam się działo przed wiekiem. A zaglądamy w sposób atrakcyjny, wesoły i bez zadęcia.
* * *
Przeczytajmy więc na zachętę, fragment odnoszący się do groźnych lat stalinowskich, w których odnoszono się do jakże niesłusznych wtedy lat międzywojennych:
Gdy w 1951 roku wróciłem do kraju, proponowano mi pięciopokojowe mieszkanie bardzo luksusowe i bardzo nieładne oraz różne ponętne stanowiska. Uparłem się przy mieszkanku na Krakowskim i przy pracy literackiej, do której byłem stęskniony po życiu w UNESCO i w londyńskim Instytucie Kultury. Początkowo miałem tylko pięćset złotych w kolegium kabaretu „Syrena” i umowę na przekład sonetów Szekspira, których nigdy nie przetłumaczyłem. Jako neofita z Zachodu byłem traktowany z pewną kurtuazją, ale już w pierwszych miesiącach po powrocie wychyliłem się parę razy. Pierwsza większa rozróbka to była moja prelekcja w Związku na temat literatury w podręcznikach szkolnych. Referowałem wydane w 1952 roku w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy dzieło zatytułowane Zarys literatury polskiej obejmujące lata 1918-1950. W jednym z felietonów w tomiku Obecność przypominam moje wystąpienie: „Gdyby się ówczesny młodzieniec chciał czegoś dowiedzieć o Andrzejewskim, Gałczyńskim, Iwaszkiewiczu, Newerlym, Leśmianie, Pawlikowskiej, Parandowskim, Rudnickim czy Zegadłowiczu — to by się nie dowiedział, bo tych pisarzy tam nawet z nazwiska nie wymieniono!” Na referacie był obecny, po raz pierwszy od istnienia Związku, ówczesny premier. Cytowałem komentarz do wiersza Staffa O szyby deszcz dzwoni, wyjaśniający, że wiersz ten obrazuje atmosferę „koszmarnych czasów sanacji”. Wiersz ten, jak wiadomo, pisany był przed pierwszą wojną światową we Lwowie, gdy nie było jeszcze sanacji, wiadomo również, że w „koszmarnych czasach sanacji” deszcz padał istotnie, ale nie częściej niż w Polsce Ludowej. Żarty te rozbawiły nawet paru ponuraków, ale na tym nie mogło się skończyć. Niebawem wezwano mnie na specjalne posiedzenie w sprawie podręczników szkolnych, gdzie atakowali mnie kierownicy resortu oraz różni obecni „przyjaciele” i nieobecni nieprzyjaciele. Po ośmiogodzinnym wałkowaniu sprawy ustalono, że założenia podręczników były politycznie słuszne. Potępiono moje wystąpienie, ale podręczniki wycofano. A ja wycofałem się na dwa miesiące do szpitala na skutek zawału serca, który łagodnie nazywano wtedy niedotlenieniem. Bo niektóre sprawy groźne nazywano wtedy łagodnie, a łagodnym przydawano grozy.

